Wilfredo Leon: Mistrzostwa świata są jak małe igrzyska
Mistrzostwa świata na Filipinach powoli wchodzą w fazę pucharową, w której nie będzie już miejsca na żadną pomyłkę. Polskich siatkarzy czeka najpierw ostatnie starcie w grupie z Holandią, a potem w 1/8 konfrontacja albo z Kanadą albo z Turcją. – Czekam już na te mecze – mówi przyjmujący Wilfredo Leon.
Jakie samopoczucie po dwóch meczach grupowych ma jeden z liderów reprezentacji Polski oraz BOGDANKI LUK Lublin?
- Nastrój musi być dobry, podobnie jak forma, bo to jest bardzo potrzebne i wiem, że muszę być do samego końca w formie – mówi Wilfredo Leon, który podobnie jak inni polscy siatkarze i sztab za największą trudność do tej pory uważa bardzo późną godzinę rozgrywania meczów, ponieważ zarówno z Rumunią, jak i z Katarem Biało-Czerwoni rywalizowali dopiero o 21.30 miejscowego czasu, przez co mieli później duże problemy z zaśnięciem.
- Jest ciężko, bo wtedy bardzo późno wracamy do hotelu, a przecież trzeba jeszcze coś zjeść i chwilę poczekać, żeby położyć się spać. Czasami nie zaśniesz od razu, a wtedy na następny dzień już masz kłopot, bo trzeba się obudzić, zjeść śniadanie, no i ten czas na spanie jest za krótki – opisuje Leon, który na pytanie jak spędza wolny czas w Manili bez chwili zastanowienia odpowiada.

- Przede wszystkim próbuję spać, o ile się da. To nie jest problem zmiany strefy czasowej, tylko głównie tego, że na razie za późno graliśmy. Jak wracaliśmy do hotelu po meczu około północy, to zdarzało się, że zasypiałem dopiero o trzeciej, czy nawet o czwartej rano, a na drugi dzień nie ma przecież wolnego, bo my tutaj nie jesteśmy na wakacjach, tylko zawsze mamy jakieś zajęcia, które wiążą się z wysiłkiem fizycznym i mentalnym. Nawet jak nie gramy meczu, to jest przecież trening albo siłownia. Nie ma jednak potrzeby, żeby na to narzekać. Jest jak jest; gramy i walczymy dalej – mówi Leon, który jednocześnie docenia wysiłek organizatorów mistrzostw i jest pełen szacunku, że Filipiny, które nie są przecież bogatym krajem, podjęły się organizacji takiej imprezy.
- Po pierwsze, jak już się zdecydowali, aby zrobić ten turniej w Manili, to trzeba oddać im szacunek, bo 32 drużyny, z całymi sztabami, to jest bardzo dużo ludzi do ugoszczenia i bardzo dużo pieniędzy. Trzeba też mieć zmobilizowane służby, jak eskorty policji i sporo ludzi zaangażowanych do pracy, żeby w ogóle to wszystko wyglądało tak, jak teraz wygląda. Jak dla mnie, to należą im się brawa. Mimo że zawsze będą jakieś narzekania na organizację, to myślę, że nawet jeśli gralibyśmy w Dubaju, gdzie teoretycznie wszystko jest kolorowe, to tam też coś byłoby kłopotem. Dlatego nie ma co patrzeć na to, czy woda miała być troszeczkę cieplejsza, czy wentylacja jest tutaj trochę dziwna, czy na ulicy jest trochę za ciepło, no bo przecież dla każdego z nas to są takie same warunki – podkreśla Leon.
Jeśli chodzi o rywalizację sportową, to Wilfredo Leon jest przekonany, że od fazy pucharowej na mistrzostwach świata na Filipinach poziom sportowy będzie stopniowo coraz wyższy.
- Im bliżej do finału, to wiadomo, że drużyny przeciwne będą mocniejsze. To nie jest tak, że możemy po kilku meczach powiedzieć, że dziękujemy za turniej i już wrócić do domu z medalem. Na pewno jesteśmy tutaj, żeby walczyć o wielkie cele, ale w drodze do wielkich celów trzeba pokonać kilka dobrych drużyn, na pewno mocniejszych niż te w grupie – ocenia Leon i po chwili dodaje.
- To są w końcu mistrzostwa świata, czyli takie małe igrzyska olimpijskie. Dla mnie to jest podobny poziom, tylko ta faza grupowa nie wygląda jeszcze tak jak na igrzyskach. Ale jeśli chodzi o poziom sportowy, to jest tutaj podobne. Ten, który broni tytułu, ten, który chce zdobyć złoto, ten, który nigdy nie miał medalu MŚ, albo kiedyś, ale bardzo dawno - tutaj każdy chce coś wygrać. Są też zespoły, które w ogóle nie osiągnęły jeszcze sukcesu na MŚ i nie mają nic do stracenia, a próbują coś zdziałać. To oznacza, że rywalizacja na takim turnieju zawsze będzie. To czy inna drużyna, która może stanąć na naszej drodze, prezentuje dobry poziom, czy też gra bardzo dobrze, to ja się cieszę i już czekam na te mecze, bo poziom sportowy będzie widoczny powolutku od następnej rundy. To już będą takie spotkania, że niespodzianką dla mnie będą wyniki 3:0. Nie zdziwię się jak będzie więcej zaciętych meczów i też tie-breaków – mówi Leon.
Czy przyjmujący BOGDANKI LUK Lublin z zainteresowaniem śledzi poczynania kolegów klubowych, którzy w barwach reprezentacji Bułgarii [Aleks Grozdanov – przyp. red.] i Kanady (Fynnian McCarthy i Daenan Gyimah – przyp. red.] do tej pory świetnie radzą sobie w mistrzostwach świata?
- Cieszę się, że tak jest. Akurat z Aleksem Grozdanowem jeszcze nie mieliśmy okazji rozmawiać w Manili, ale z Fynnianem McMCarthy’m oczywiście tak i z tym drugim środkowym, który będzie grał w Lublinie - Daenanem, też zamieniłem kilka słów. Mam jeszcze jednego kolegę, który gra w reprezentacji Kanady i z którym graliśmy kiedyś – to Sharone Vernon-Evans. Co do kolegów klubowych z BOGDANKI LUK, to cieszę się, że mieliśmy tak dobry rok i mam nadzieję, że w nowym sezonie dalej będziemy kontynuowali dobrą grę. Wiadomo, że tutaj w Manili jednak każdy z nas jest teraz skupiony na swojej kadrze i tyle. Cieszę się jednak bardzo, że klub, który teoretycznie, też według mediów, miał grać gdzieś o poziom niżej, to jednak zawodnicy z Lublina wykonują teraz również świetną robotę w reprezentacjach i pokazują swoją wartość. To jest na pewno na plus – zakończył Wilfredo Leon.

Powrót do listy
